Moja świąteczna wyprawa.

No i po świętach. Dziś musiałam się zmobilizować do pierwszego dnia pracy. Na szczęście jest po drodze następne święto - dodatkowy dzień wolny. A potem to już zimowe ferie. To może i rozpędzać się do tej roboty nie ma co? Kurcze! Potem będzie jeszcze trudniej przestawić się do normalności. 
Moja świąteczna wyprawa wprowadziła sporo emocji i zamieszania. Emocje wynikały z wizyty u córki. Rzadko się widujemy w realnym świecie. Nie mam możliwości obserwowania jak zmienia się z dnia na dzień w dorosłą osobę. Tym dotkliwiej przeżyłam fakt, że to nie jest już moja dorastająca córeczka tylko dorosła i stanowiąca o sobie kobieta. Jestem z niej bardzo dumna bo wykazała - i nadal wykazuje - ogromną odwagę i gotowość do pokonywania trudności życiowych. Żyje z dala od bliskich, pracuje w obcym kraju, prowadzi dom, układa sobie związek z ukochanym mężczyzną i opiekuje się psem. Wszystko na raz! Dodatkowo doskonale gotuje, tego niestety nie odziedziczyła po mnie. Ja w tej dziedzinie jestem zupełne beztalencie. 


Była to najdłuższa podróż samolotem jaką dotychczas odbyłam, trwała  24 godziny. Na początku wszystko wyglądało normalnie. Samolot o czasie, pogoda dobra. Niestety przed samym lądowaniem okazało się, że na lotnisku w Dublinie rozpętała się śnieżyca. Samolot wylądował na lotnisku w angielskim Birmingham w oczekiwaniu na rozwój wypadków. 


Cztery godziny czekania w samolocie, bez picia i jedzenia. Co w zasadzie ułatwiało przetrwanie bo zepsuły się obie toalety. Taki mini obóz przetrwania. W końcu komunikat, że nie lecimy dalej. Bałagan i zamieszanie jakich dawno nie widziałam. Byłam przekonana, że przyjdzie nam nocować na lotniskowej podłodze. Mniejsza o mnie ale leciałam z moją 77 letnią mamą. Pierwszy w jej życiu lot samolotem i od razu z dodatkowymi atrakcjami. Wytrzymała to dzielnie a linie lotnicze o dziwo zapewniły nam wygodny hotel, doskonałą kolację i śniadanie. Byłam naprawdę mile zaskoczona. Jedyny problem stanowił brak szczoteczki do zębów,bo oczywiście zapakowałam ją inteligentnie do walizy, a ta została na lotnisku. 

Barceló Hinckley Island Hotel

Następnego dnia po trwającej kilka  godzin bieganinie , wpakowano nas wreszcie w samolot. I tak po 24 godzinach wylądowałam tam, gdzie chciałam. Huraaaa! Jak ta technika czasem ułatwia życie!



 Prezenty dowiozłam, mimo obaw, w stanie nienaruszonym. 



Droga powrotna trwała zdecydowanie krócej, chociaż też z przerwą na przeczekanie mgły. Dzięki temu mogłam dziś normalnie dotrzeć do pracy. A teraz czas zabrać się za nakreślenie planów na resztę tego nowego roku. Najważniejsze zadanie to wymyślenie jaka działalność można ruszyć na tym smutnym Śląski, żeby mogła wrócić i pracować tutaj. Może macie jakieś pomysły!

3 komentarze :

  1. Kokoniku teraz tylko daję ci buziolki w noch na Nowy Rok, jutro poczytam cały post, teraz lece spać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałąm, cieszę sie że dobrze skończyła sie przygoda z latanie, i super, że juz wróciłaś.
    Chmmm a masz jakis kierunek w którym chcesz w ta działalnoscia pójść? rękodzielnictwo, sztuka, gastronomi

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie problem z ukierunkowaniem. Wiele pomysłów ale strach, że się nie uda mnie paraliżuje.

    OdpowiedzUsuń

Witam i cieszę się z wizyty.

kokonhome © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka