Freakebana

Internet to niewyczerpywalne chyba źródło ciekawostek i nowości. Czasami trafiam na coś zupełnie przez przypadek i takie odkrycia są najciekawsze. Najcenniejsze zaś te, które mogą nas zainspirować. Jak chociażby temat dzisiejszego posta. Freakebana: nowy, "brzydki" styl układania dekoracji z roślin.  Zaskakujące prawda?


Nawiązuje ona do znanej japońskiej sztuki układania kwiatów - Ikebany. W przeciwieństwie do dekoracyjnych bukietów w stylu zachodnim, japońska sztuka układania kwiatów skupia się na tworzeniu harmonii linearnych konstrukcji, rytmu i koloru. Wielowiekowa tradycja w układaniu oszczędnych, asymetrycznych  kompozycji z  miejscowych i sezonowych roślin,  które podkreślają ich formę, linię i kolor. Praktyka ta rozwijała się dzięki filozofii buddyjskiej, zakorzenionej w minimalizmie i precyzji.

 
Cała struktura japońskiego układania kwiatów opiera się na trzech głównych punktach, symbolizujących niebo, ziemię i ludzkość. Freakebana (wymowa free-ke-ba-na) jest szalonym kuzynem Ikebany. Freakebana, jest sztuką układania kompozycji w sposób, który nawiązuje do tradycyjnej japońskiej sztuki, ale stawia przy tym na naiwny, nowofalowy naturalizm. W tworzeniu Freakebana wykorzystuje się raczej produkty z warzywniaka, nie te z japońskiego ogrodu.


Dobra Freakebana miesza rzadkie i ekscentryczne elementy celem uzyskania maksymalnego efektu zaskoczenia. Na przykład: różowe goździki, kostki galaretki  i kryształy soli. Często wykorzystuje się nie tylko kwiaty, ale również trawy, gałęzie albo warzywa. Trzeba tylko mieć oko i znaleźć dziwne rzeczy, które można ułożyć w coś znaczącego. Ziemniak i długi kawałek trawy, tykwa i piórko, kwiat  i korek do wina. 


Do ich stworzenia nie  jest potrzebna luksusowo zaopatrzona kwiaciarnia ani wielkie pieniądze, tylko chęć zobaczenia potencjału w banalnych przedmiotach i produktach, kwiatach oraz innych zbłąkanych odpadkach. Dla kreatywnych ludzi szerokie pole do popisu. Wystarczy wyobraźnia i odwaga do remiksowanie ich tak, by wydawały się celowe, a może nawet piękne.


Kilka fotografii ilustrujących ten temat pozwoli zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Ale jeśli jesteście ciekawi innych pomysłów na Freakebana to znajdziecie je również na Instagramie. Ciekawe kompozycje i mnóstwo inspiracji znajdziecie na przykład tutaj - https://www.instagram.com/freakebana/

Photographs by Bobby Doherty
Floral design by Brittany Asch
Styling by Diana Tsui


A przy okazji zapraszam na zakupy z rabatem. w Kokon Home. Tym razem taniej szyldy i zawieszki. 





In love with letters


Nowa dostawa dla wszystkich miłośników tworzenia dekoracji z liter i słów. W ofercie:
speech bubble, letter boards oraz light box
Zapraszamy:
Light box - TUTAJ
Speech bubble - TUTAJ
Letter boards - TUTAJ








Viva basket - plecionka jest dobra na wszystko

Dawno temu, pewnie przed kilkoma tysiącami lat, jakiś nasz praprzodek wyplótł pierwszy koszyk. Plecionkarstwo, wikliniarstwo, koszykarstwo to zajęcia bardzo stare. To rzemiosło znane człowiekowi od czasów prehistorycznych, a konkretnie od paleolitu. Parały się nim głównie ludy zbieracko-łowieckie. Okazało się, że człowiek wynalazł coś, bez czego ludzkość nie może się obejść po dziś dzień. 


Jak świat długi i szeroki,  w każdej kulturze wyplata się kosze, naczynia i ozdoby. Klasyka gatunku to wszelkiego rodzaju plecionki ze słomy, wikliny, rafii, rogożyny, rotangu, bambusa, słomy ryżowej, włókien kokosowych i sizalowych. itp. Nie sposób wymienić wszystkich materiałów służących do wyplatania koszyków. I chociaż od tamtej pory wymyślono różne inne przedmioty o podobnym przeznaczeniu, to nadal nie rezygnujemy z wyplatania koszy.


I nic dziwnego, bo kosze pozwalają przechowywać niezbędne nam przedmioty, a różnorodność materiałów i kształtów, gwarantuje, że każdy odnajdzie wzór dla siebie. Pięknie wyglądają zarówno w naturalnych odcieniach, jaki i kolorowo pomalowane. Hitem ostatnich miesięcy są te naszywane cekinami lub ozdobione chwostami i pomponami. 


W czasach masowej produkcji maszynowej rękodzieło zyskuje coraz większe uznanie. Bo też pewne czynności z czasem zanikają i nie każdy chce, czy potrafi własnoręcznie wykonać coś wyjątkowego. Rękodzieło to przedmioty niepowtarzalne, a uroku dodają im pewne niedoskonałości, będące właśnie skutkiem pracy naszych rąk.


Świat stał się globalną wioską więc nie musimy bazować na technikach i materiałach typowych dla naszego regionu. Możemy ozdabiać nasze wnętrza  koszykami z najodleglejszych stron świata. Podziwiać ich nietypowe kształty, kolory i dekoracje. Pomysłowość i sprawność rąk ludzi żyjących tak daleko od nas. Czy to nie jest wyjątkowa możliwość?

 Kosze, koszyczki, koszyki...O ich zaletach nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać. Są bardzo pojemne, wykonane tradycyjnymi technikami z naturalnych materiałów i świetnie prezentują się w niemal każdym rodzaju wnętrza. Swoją ogromną popularność w ostatnich czasach zawdzięczają modzie na elementy Boho, które nadają naszym mieszkaniom indywidualny charakter. 


Aranżacje z wykorzystaniem koszy to doskonały pomysł na utrzymanie w domu porządku, bo pomieszczą niemal wszystko. W pokoju dziecka uporządkują dziecięce drobiazgi, pluszaki, klocki, gry i książeczki i być może przyczynią się również do tego, że po zakończonej zabawie maluchy chętniej będą sprzątać po sobie. Kosze o dużych rozmiarach przydadzą się także w holu lub salonie. Możemy w nich umieścić na przykład czapki, szaliki i rękawiczki, zaś jesienią i zimą przechowywać drewno do kominka.



Doskonale nadają się  do efektownego prezentowania roślin doniczkowych. Jeśli zostaną dobrze dobrane to podkreślają urodę roślin, zasłaniając jednocześnie to, co niekoniecznie chcemy eksponować. Są trwałe i odporne na wilgoć oraz łatwo utrzymać je w czystości. W okresie świątecznym doskonale sprawdzają się jako stojaki do żywych choinek. Sama w tym roku swoją właśnie w takim umieściłam. 


W naszej ofercie znajdziecie kilka naprawdę efektownych. Wystarczy kliknąć TUTAJ i wybrać ten najlepszy dla was. Dodatkowo możecie skorzystać, przez kilka najbliższych dni, z rabatu na te produkty. 


Wesołych Świąt


Adwent - radosne oczekiwanie

Kalendarz adwentowy ma wyjątkową historię i może wprowadzić magiczny nastrój przed świętami. To dodatkowy element, który pomaga wprowadzić magiczny nastrój świąt. Początki tej tradycji sięgają podobno 1851 roku. Pierwotnie w domach wieszano obrazek dotyczący świąt i przyjścia na świat Jezusa.

 
Nieco inną formą  było zapalanie codziennie jednej z 24 świeczek lub skreślanie jednej z 24 kresek narysowanych kredą na drzwiach. W domach katolickich najczęściej wkładano po jednym źdźble słomy do szopki aż do Wigilii. Pierwsze drukowane kalendarze adwentowe pojawiły się w 1902 r. w Hamburgu i były w kształcie zegara z cyframi od 13 do 24 (po 20 latach wprowadzono 24 cyfry).


W 1903 r. w Monachium powstała również drukowana wersja: 24 obrazki do wycięcia i specjalny arkusz z okienkami do naklejania. Pojawienie się słodkiego kalendarza ma związek z dzieciństwem drukarza Gerharda Langa. Tak niecierpliwie oczekiwał nadejścia świąt, że zamęczał matkę ciągłymi pytaniami o nie. Zniecierpliwiona mama narysowała na kartonie 24 cyfry i dodała tyle samo biszkoptów.


Mały Gerhard mógł zjadać jedno ciastko każdego dnia. Jako dorosły człowiek wykorzystał ten pomysł i w 1930 roku zapoczątkował  produkcję kalendarzy z czekoladkami w środku. Mimo komercjalizacji pomysłu wciąż były wymyślane nowe wersje, które miały zachować prawdziwy jego cel – przygotowanie do świąt, tworzenie atmosfery, przypominanie scen biblijnych.


Bardzo popularna była wersja z otwieranymi okienkami i obrazkami najpiękniejszych szopek. Największy kalendarz adwentowy stoi w Lipsku i ma ponad 800 m2. Drzwiczki otwierane każdego dnia mają wielkość 2 m x 3 m. W niektórych regionach wykorzystuje się do tego celu domy. Pięknie udekorowane okna opatrzone są numerem i danego dnia wyjątkowo oświetlone.


Ludzie zbierają się przed kolejnymi domami każdego wieczoru. Śpiewają kolędy, opowiadają lub czytają historie biblijne i legendy, przypominają sobie świąteczne tradycje. Wszystko przy kubku herbaty, grzanego wina i ciasteczek. Ostatni numer zazwyczaj jest na drzwiach kościoła. I to jest pomysł, który wart jest zrealizowania. Zapamiętam i w przyszłym roku zaproponuję.


W Niemieckim miasteczku Gengenbach, w oknach ratusza, można oglądać w dni adwentu 24 świąteczne obrazy. Adwent zawsze rozpoczyna się w niedzielę i musi obejmować cztery niedziele z rzędu do Wigilii Bożego Narodzenia. Symbolem jest też wieniec adwentowy, na którym palimy cztery świecie za każdą z niedziel.


Wieniec adwentowy swoje początki ma u naszych zachodnich sąsiadów. Ksiądz Johann Hinrich Wichern już w 1839 roku w Hamburgu, w szkole dla sierot, chcąc stworzyć świąteczną atmosferę w I niedzielę adwentu przyczepił świecę do drewnianego koła. Potem pomysł ewoluował by w 1860 roku przybrać wygląd koła obłożonego zielonymi gałązkami wraz z czterema świeczkami. 


Dziś nie ograniczamy się wyłącznie do tradycyjnego wieńca. Może to być świecznik, pudełko, kubki. Chociaż pomysłów na jego wykonanie jest naprawdę bardzo dużo. Wszystko zależy od kreatywności i pomysłowości każdej z nas. Kiedy płoną już wszystkie cztery świece dla dziecka to znak, że prezenty są już tuż, tuż. 


Kalendarze adwentowe zaś wcale nie  muszą być pełne łakoci czy zabawek. Mogą to być karteczki z ciekawymi zadaniami na każdy dzień, do wspólnego wykonania oczywiści. Mogą to być fragmenty opowiadania o świątecznej tematyce, które napiszemy i wymyślimy same. Albo bileciki z małymi marzeniami, na które w pośpiechu dnia codziennego nie mamy czasu. Bądźcie kreatywne i oczekujcie radośnie. 

Źródło: http://dziecisawazne.pl/
zdjęcia kolekcjonowane latami więc nie jestem w stanie ustalić źródła.



 

Pół żartem, pół serio

Pół żartem, pół serio. A właściwie to całkiem serio ale w odniesieniu do tego, co wcześniej. Zawsze z nastaniem jesieni  nachodzi mnie pewnego rodzaju melancholia. Żeby nie powiedzieć depresja. I nie ma tu znaczenia, czy jesień jest piękna czy ponura. Tak po prostu mam od lat wielu. Szukam wtedy drobnych przyjemności, które są w stanie poprawić mi samopoczucie. Jedną z nich jest powrót do moich ulubionych filmów. 


Tak się składa, że te wyjątkowo ulubione to naprawdę stare kino. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że przenoszą mnie w świat odległy od dzisiejszej codzienności. Wszystko w nich jest ładniejsze, porządniejsze, mężczyźni eleganccy a kobiety zadbane od stóp do głów.  Wiem,  że to głównie magia kina, ale chciałabym się przenieś w taki klimat chociaż na chwilę. 


Najlepsze na moją jesienną chandrę  są amerykańskie produkcje z lat 60-tych. Może jednak nie wszystkie, ale szybko i niezawodnie jak prozak działa tylko "Pół żartem, pół serio". No nic na to nie poradzę, że uwielbiam ten film od pierwszej do ostatniej sekundy. Kawa, coś słodkiego i po raz enty mogę oglądać. Najdziwniejsze jest to, że za każdym razem mnie bawi tak samo i natychmiast poprawia humor. 


Nie znaczy to, że nie mam polskich ulubionych. Oczywiście, że mam ale jednak w takich chwilach potrzebuję odlecieć gdzieś dalej.  Ciekawa jestem czy Wy macie taką niezawodną terapię na złe samopoczucie. Napiszcie kilka słów jeśli tak. A dla miłośniczek klimatów starego Hollywood mam dwie grafiki do pobrania właśnie z "Some like it hot". W dobrej rozdzielczości, gotowe do wydruku. Znajdziecie ja na stronie sklepu w zakładce GRAFIKA na dole strony. Link do strony sklepu - TUTAJ.


Wrześniowe nowości

We wrześniu na wirtualnych półkach naszego sklepu pojawiło się kilka interesujących nowości. Zapraszam do sprawdzenia co ciekawego mamy do zaproponowania. Link - TUTAJ

 

Kobieta zaradna potrafi wiele

Mam świadomość, że na tego bloga trafiają głównie dziewczyny zaradne, dla których metamorfozy mieszkania czy mebla nie mają tajemnic. Ale może się przecież zdarzyć, że zajrzy jakaś nowicjuszka, która chciałaby ale nie wierzy, że sama da radę. Zresztą świadczą o tym maile, które dostaję. Postanowiłam więc pokazać, że każda z nas sobie doskonale poradzi. Wystarczy odwaga i determinacja. Dziś krok po kroku instrukcja pomalowania pokoju.




1. Jeśli się zdecydowałaś, że facet do tego nie jest ci potrzebny to skompletuj odpowiedni sprzęt.

 - grunt i farby,

- wałek do malowania (w moim przypadku 2 sztuki),

 - krótki uchwyt do wałka,

 - długi uchwyt teleskopowy do wałka,

 - tacka do farby,

 - folia zabezpieczająca,

 - taśma malarska,

 - drabina,

 - małe pędzle do podmalowywania.


2. Wynieś z pomieszczenia wszystkie przedmioty, których przeniesienie nie generuje problemu. Nie dźwigaj ciężarów ponad twoje siły, bo potem będą kłopoty z kręgosłupem.


3. Odsuń wszystkie ciężkie meble, które blokują dostęp do ścian. Jeśli są byt ciężkie poproś o pomoc koleżankę albo kolegę. 




4. Zabezpiecz meble, okna  i podłogi. Przykryj dużymi płachtami folii do malowania. Kupisz ją w każdym markecie budowlanym. Na podłogę najlepiej położyć tekturę falistą.


5. Teraz pora na to, co najtrudniejsze. Demontaż lub właściwe zabezpieczenie oświetlenia, włączników oraz kontaktów. Pamiętaj o wyłączeniu bezpieczników przed przystąpieniem do tych czynności. Ja jestem córką elektryka więc kombinuję sama, ale ty sobie to przemyśl.


6. Odkurzenie ścian ewentualnie przetarcie ich wilgotną ścierka z dodatkiem detergentu nie stanowi żadnego problemu. Tutaj na sto procent poradzisz sobie sama.

7. Pamiętaj o usunięciu wszystkich gwoździ i haków. Jeśli sterczą ze ściany utrudniają malowanie i mogę cię skaleczyć. 

8. Teraz patent, który ułatwia życie i pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Zabezpiecz tacki na farbę workiem foliowym. Pozwala to na szybką wymianę farby przy stosowaniu różnych kolorów. Nie stracisz czasu na mycie. Możesz do tego wykorzystać torby foliowe, w których ostatnio przyniosłaś zakupy ze sklepu. 

 
9. Zacznij od gruntowania ścian, jeśli wcześniej były malowane produktami innej marki lub zmieniasz ich kolor. Jeśli nie wprowadzasz radykalnych zmian kolorystycznych możesz ten punkt działania pominąć.



10. Najpierw malujemy sufit. Malowanie sufitu zacznij od narożnika przy oknie. Jeśli w pomieszczeniu nie ma okna, od strony istniejącego źródła światła np. drzwi wejściowych. Krawędzie między sufitem a ścianą podmaluj  małym pędzelkiem ponieważ w tym miejscy trudno precyzyjnie nanieść farbę wałkiem. 
 

11. Pamiętaj żeby każdej warstwie farby dać odpowiednią ilość czasu na wyschnięcie. Na czas wysychania farby dobrze jest owinąć wałek i pędzel folią ( ja wkładam do torby foliowej i szczelnie zawijam), co zapobiega ich wysychaniu i ułatwia malowanie po dłuższej przerwie. 



13. Jeśli ściany mają mieć inny kolor niż sufit musisz połączenia zabezpieczyć taśmą malarską. To trudne do wykonania w pojedynkę ponieważ trzeba wyklejać równo i prosto. 


14. Wymień worek foliowy na tacce do malowania. Dzięki temu nie musisz jej szorować i unikniesz wymieszania się kolorów. Użyj innego wałka i pędzla żeby mieć pewność, że kolor będzie czysty. 

15. Po nałożeniu farby i uzyskaniu właściwego rezultatu zerwij taśmę zabezpieczającą  zanim farba wyschnie. W przeciwnym razie może dojść do zerwania warstwy farby wraz z usuwaną taśmą. 

16. Wszystkie zabrudzone przy malowaniu wałki i pędzle wymyj w ciepłej wodzie z dodatkiem płynu do mycia naczyń. Starannie wypukane pozostaw do całkowitego wyschnięcia. 

17. Resztki farby starannie zamknij w pojemnikach lub przelej do szczelnych mniejszych naczyń, np. do słoików typu twist

Skończone. Możesz być z siebie dumna. A jeśli nawet coś poszło nie tak to pamiętaj, że wprawy nabiera się z czasem.  Najważniejsze, że się odważyłaś.








Zmienić czy wymienić? Oto jest pytanie.

Jak odnowić drzwi? Malowanie, oklejanie, wymiana przeszkleń.... Sposobów jest naprawdę wiele. Z każdych niemal drzwi można zrobić ładny i ciekawy element wystroju mieszkania. A zazwyczaj drzwi, szczególnie te wejściowe, urodą nie grzeszą. Z każdych możemy stworzyć drzwi o indywidualnym charakterze bez konieczności ich wymiany. Czasami nie wymagają one  nawet dużego nakładu pracy czy wielkich kosztów, wystarczy dobry pomysł i staranne wykonanie. Ważne jest aby drzwi po metamorfozie pasowały do stylu naszego wnętrza i by były z nim spójne. O ile w swoim mieszkaniu nie jesteśmy niczym związani, to chcąc zmienić wygląd drzwi wejściowych w budynkach wielorodzinnych musimy się upewnić czy jest to możliwe. W najgorszym wypadku zmienimy tylko drzwi od strony mieszkania. 


Jednym z najprostszych i najtańszych sposobów jest ich przemalowanie. Kto śledzi mojego bloga wie, że ten sposób właśnie wybrałam. Ważny jest w tym przypadku wybór koloru. Moje mają ten sam kolor co ściany wokół, dzięki czemu są mniej widoczne. Ale ciekawym rozwiązaniem jest wybór odważnego lub nietypowego koloru. Odpowiedni wybór farby, kilka godzin pracy i efekt może być powalający.


Nieco odmienną formą przemalowania jest zastosowanie farby tablicowej. Bardzo popularne od jakiegoś czasu. Wiemy wszyscy, że farba tablicowa nie musi być wcale czarna. Więc i w tym przypadku drzwi kolorystycznie mogą się wpasować w otoczenie. Czarne, szczególnie we wnętrzach minimalistycznych i monochromatycznych wyglądają świetnie. 


Trzecim sposobem jest oklejenie ich tapetą, taką samą jaką mamy na ścianach. Jest to doskonały  sposób maskowani drzwi, które nas denerwują.  Do pokrycia tapetą nadają się najlepiej drzwi o prostej powierzchni. Ale te z ozdobnymi wgłębieniami można okleić na przykład tylko w wybranych miejscach. Drzwi przygotowujemy jak do malowania. Tapetę należy wybrać zmywalną i bardzo odporną na rozdarcia.


No i na koniec oklejanie drzwi  grafiką. W tym przypadku można zlecić wykonanie wydruku na folii samoprzylepnej. Tutaj dowolność pożądana, może to być odręczny rysunek albo ulubione zdjęcie. Warunek jest jeden, plik przekazywany do druku musi mieć odpowiednio wysoką rozdzielczość. Jeśli nie masz pomysłu na własną grafikę wykorzystaj fototapety na drzwi. 


 
Bogaty wybór wzorów i dopasowany rozmiar to ich zalety. Od dziś znajdziesz je również w ofercie naszego sklepu w zakładce TAPETY - TUTAJ. Zapraszam również do obejrzenia pozostałych NOWOŚCI, sporo dodatków w stylu scandi boho.  A dla tych, którzy mają się czym pochwalić w temacie metamorfozy drzwi będzie niespodzianka w następnym poście. 




Przemalowane i przemeblowane

Wakacje wakacjami ale cały czas leniuchować nie sposób. Zabrałam się więc za odświeżenie pokoju. Odzyskałam go dla siebie jakiś czas temu. To chyba jedyna zaleta faktu, że dzieci idą na swoje. Przez długi okres czasu nie mogłam się zmobilizować żeby coś z nim zrobić. W końcu trzeba się było pozbyć wysłużonego regału i kanapy. Zrobiło się pusto, nieprzyjemnie i wyszły na światło dzienne brudne ściany. 


Stary stolik, który pełnił do tej pory funkcję biurka okazał się za mały na moje potrzeby. Dywan za wzorzysty i dość mocno poplamiony przez mojego psa, którego już ze mną nie ma niestety. Lampa za ciemna i za duża. Postanowiłam więc zmienić kilka rzeczy ale zacząć trzeba było od odmalowania ścian i sufitu. 


Ściany były białe, ale pożółkły i się oczywiście zabrudziły. Jedną ze ścian pomalowałam co prawda na szaro ale okazało się, że nie tę co trzeba. Pokój jest długi i dość wąski. Szarość na długiej ścianie sprawiła, że pokój wydawał się jeszcze węższy.  Pomieszczenie ma okno na południe ale i tak robiło wrażenie  najciemniejszego w całym mieszkaniu. 


Nie miałam zamiaru pozbywać się wszystkich mebli, więc musiałam resztę dopasować do tego, co już było. Ze względu na to, że to mieszkanie i nie ma tu wielkich przestrzeni staram się, żeby kolorystyka we wszystkich pomieszczeniach była taka sama co sprawia, że wszystko staje się spójne i stanowi całość. Trzymałam się więc moich wcześniejszych wyborów, co może się wydać nudne ale mnie ta kolorystyka naprawdę odpowiada.  


Postanowiłam, że ściany, sufit i kaloryfer pomaluję farbami marki Tikkurila. Mam je w pozostałych pomieszczeniach i jestem z nich bardzo zadowolona. Kiedyś zamalowałam zabrudzony kawałek ściany  jakąś inną i dopiero wtedy zobaczyłam jaka jest różnica w sposobie odbijania światła. Zaopatrzyłam się więc w niezbędny zestaw.


Zaczęłam oczywiście od kaloryfera, który ma zasłonić biała obudowa więc nie chciałam żeby przebijał ciemny kolor przez otwory w maskownicy. Do malowania grzejnika użyłam emalii akrylowej Tikkurila Everal Aqua Semi Mat. Może być stosowana do malowania powierzchni i elementów metalowych, metalowych ocynkowanych, drewnianych oraz drewnopochodnych.  Jest idealna do malowania między innymi mebli, drzwi, okien czy ogrodzeń. Mieszkam w budynku z lat 50-tych i mam niestety żeliwne kaloryfery żeberkowe. Nie są najpiękniejsze dlatego wybrałam emalię w półmacie aby nierówności były jak najmniej widoczne. 


W związku z tym, że do poprzedniego malowania ścian i sufitu użyłam farb innej marki zaczęłam od nałożenia  na wszystkie powierzchnie farby gruntującej Tikkurila Optiva Primer. Ujednolica ona powierzchnię, zwiększa przyczepność i zmniejsza chłonność podłoża. Po nałożeniu farby gruntującej na ścianę w szarym kolorze wystarczyło ją potem przemalować tylko jedną warstwą farby.

 
Poza tym mam na ścianach tapetę strukturalną z włókna szklanego i łatwiej mi ją potem równomiernie pokryć właściwym kolorem. Chciałam maksymalnie rozjaśnić pokój więc pomalowałam sufit i trzy ściany na biało. Dzięki temu, że sufit i ściany są pomalowane tą samą lateksową farbą Tikkurila Optiva White zatarła się linia ich połączenia.  To farba o czystym, głębokim odcieniu bieli, rozświetlającym i powiększającym optycznie pomieszczenia.


Na jednej ze ścian, tym razem tej znajdującej się na wprost okna pojawił się  kolor, który mam od lat w pozostałych pomieszczeniach. To taki trochę bagienny odcień szarego ale ciepły i głęboki. Lubię go i coraz więcej go w moim mieszkaniu. Zapisałam  numer ze wzornika i trzymam w bezpiecznym miejscu żeby nie główkować jak mi się go znowu zachce. Bazą jest tutaj Tikkurila Optiva 7 Satin Mat


Gwarantuje piękne, satynowo-matowe, jednolite wykończenie. Może stanowić bazę dla palety ponad 13 tysięcy kolorów. Ja od lat wybieram kolor oznaczony symbolem NCS S 5500-N. Świetnie kryje i tworzy miłą w dotyku, jakby jedwabistą powierzchnię.  Łatwo z niej zmyć zabrudzenia przy użyciu wilgotnej ściereczki z detergentem. A poza tym ma  identyczny kolor jak zasłony po drugiej stronie pokoju. 


Jak widać nie były to jakieś drastyczne zmiany. Kolorystyka niemal ta sama a zrobiło się jaśniej i moim zdaniem bardziej przestronnie. Biel pięknie odbija światło a kolor na jednej ze ścian poprawił wizualnie proporcje pokoju. Już nie wydaje mi się, że to taka ciemna kicha. Przestawiłam meble, dokupiłam raptem dwa nowe tak żeby pasowały do tego, co tu już wcześniej było. W sumie niewiele się zmieniło a jednak  mam nowy, wygodny pokój do pracy. Teraz tylko dopracuję szczegóły.




kokonhome © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka